Małgorzata Żarów
|
data i miejsce urodzenia: 1988, Tarnobrzeg miejsce zamieszkania: Warszawa
Studentka filologii angielskiej, z forum Erynie związana (z przerwami) od początków jego istnienia. Pisze od lat najmłodszych, tylko prozę, bo tylko to potrafi. Debiutowała w sZAFie. Lubi abstrakcje, wypaczenia i kolor różowy. Moderator na Forum Literackim Erynie.
Erynianie o twórczości Małgorzaty:
“Bardzo ładnie napisane. Do samego końca nie dzieje się nic ( lub dzieje się nic ;) ), a mimo to czyta się to. To duża sztuka. Dobry pisarz pisze sensacyjnie o spadających liściach, a słaby pisze o ataku terrorystów na dworzec kolejowy tak, że człowiek ziewa. “ - valdens
“Tekst jest świetny pod każdym względem. Fantastyczna, klimatyczna wizja, trochę w stylu Brunona Schulza. Imię bohaterki brzmi doskonale, o ile dobrze je w głowie czytałem. Narracja także mi odpowiada, mocno subiektywna i charakterystyczna. Narratorka ma dobre, subtelne poczucie humoru. Język bardzo plastyczny, miałem gotowe obrazy przed oczami. Fabuła jest (heh, to już duży plus) i została fajnie rozwiązana. Szkoda może, że tekst taki krótki, ale z drugiej strony wspomniana prostota fabularna nie pozwala chyba na nic dłuższego. “ - lewoboczek
“Uważam, że naprawdę świetnie bawisz sie słowami. Odniosłam wrażenie, że to nie Ty dostosowujesz się do języka, ale język dostosowujesz do siebie. I jak w wielu sytuacjach naprawdę drażnią mnie neologizmy, to w Twoim opowiadaniu wszystko wydaje sie być naturalne i na miejscu. “ - livien |
Wybór Twórczości:
“Benzosennie” - fragm.
Ciepło między palcami, między wargami i zdaję sobie sprawę, że palę już filtr. Znam granicę między snem a prawdą. Ona stoi przede mną, absolutnie prawdziwa w mojej kuchni i nie wiem, co mam zrobić. Chcę, żeby jej tu nie było. I nie żeby zaciągnąć ją do łazienki i utopić w wannie. Nie chcę jej dotykać. Chcę po prostu, żeby jej istnienie nie było prawdziwe, żeby czas się cofnął do momentu kiedy weszła i żeby wcale nie wchodziła.
Gaszę peta w zlewie i wyrzucam do kosza na śmieci. Coś gęstego i tłustego wisi między nami. Boję się, że wtargnie mi do ust, jeśli wezmę głębszy oddech, przyklei się do podniebienia, utrudniając wymawianie na przykład spółgłosek alweolo-palatalnych. Staram się oddychać jak najmniej. Jest cicho jak w nocy, w takiej ciszy mógłbym ją usłyszeć, gdyby stała na drugim końcu świata, ale ona nie stoi na drugim końcu świata tylko w mojej kuchni i musi się odezwać.
– Czy ona jest częścią mnie, której nigdy nie widziałeś?
– Moja droga, odnoszę wrażenie, że dajesz się ponieść swojej wybujałej wyobraźni, wykarmionej kolorowymi magazynami i filmami w ti wi o tak zwanej miłości.
– Jest wiele części mnie, których nie widziałeś. Ta, która budzi się rano na podłodze z rozmazanym makijażem i oddechem śmierdzącym wymiotami. Ta z twarzą całą czerwoną i zapuchniętą od histerycznego płaczu, tak że straciła już moje rysy i nigdy byś jej nie rozpoznał. Ta, która w ciemnym kącie…
– Moja droga, wydaje mi się bezzasadnym odgrywać w tym momencie turpistkę.
Ona mówi dalej, a ja czekam. Zawaha się w pół słowa, a wtedy wkroczę z moimi z wytęsknieniem oczekiwanymi wulgaryzmami. Prawie jakbym jej przerwał, tylko pół sekundy praktycznie niezauważalnego opóźnienia.
Waha się.
– Wypierdalaj kurwa głupia dziwko. – I muszę to powiedzieć, lateralnie paradoksalnie ze względu na to, co mi odpowiada.
– Jesteś żałosny i nic do ciebie nie czuję.
Bo mam dosyć tej miernej instalacji sztuki współczesnej. Chcę powiedzieć „szmato, suko, nie mogę na ciebie patrzeć” i żeby w odpowiedzi wpiła się we mnie paznokciami i krzyknęła „nienawidzę cię, głupi chuju!”. To też będzie nienajlepszej jakości, ale wyzwalające na swój tandetny sposób. Nie będziemy chodzić do kawiarni ani spacerować w deszczu.
“Pamiętam, wtedy też był maj”
kołu łowieckiemu "Cietrzew"
Budzik dzwoni o siódmej trzydzieści. Wstaję – z trudem – i idę do kuchni. Odsłaniam okno, przy okazji stukam trzy razy w drzwi zamrażarki. Włączam czajnik, sypię kawę do kubka na kawę. Warto jest mieć oddzielny kubek na kawę i oddzielny kubek na herbatę, bo nie trzeba ich tak często myć. Na inne trunki mam szklaneczkę z truskawką. Czekam, zerkając na lodówkę. Czajnik pstryka, zalewam kawę, tymczasem wciąż brak odpowiedzi. Trzy kostki cukru, niech będą cztery. Lepiej jest mieć cukier w kostkach, bo łatwiej w nim zauważyć białe robaki. W sypkim cukrze białe robaki przebiegle się ukrywają. Zaniepokojona, idę zastukać w zamrażarkę jeszcze raz. Pod zamrażarką siedzi karaluch i już wiem, że jest niedobrze. Tłukę go kijem od szczotki. Jak mogłam się spodziewać, ucieka. Tłukę pięścią w te nieszczęsne drzwiczki, które odskakują. Nagle spada na mnie całe zło świata. Człowieka-Jaszczura nie ma.
Spotkaliśmy się parę miesięcy temu w pochmurny dzień na ulicy. Nie w metrze, choć on często bywa w metrze. Zwłaszcza na stacji Centrum, co jest o tyle dziwne, że mieszka na Ochocie. Ja też mieszkam na Ochocie i właśnie tam się spotkaliśmy. Szedł ulicą i oblizywał sobie językiem brwi; umiejętność zaskakująco przydatna, choć nieco niepokojąca i gdybym nie wiedziała, że jest Człowiekiem-Jaszczurem, przestraszyłabym się. Wiedziałam, bo pokazywał się tu już od jakiegoś czasu, a ludzie mówią. Zawsze mówią. O mnie też pewnie mówią, że ja z nim i w ogóle. Tak się złożyło, że mój mąż wyjechał po tym, jak przefarbowałam się na blond, bo nie mógł znieść, że mamy takie same fryzury. Miałam więc trochę pusto, a Człowiek-Jaszczur nie miał nic przeciwko temu, żeby wypełnić to miejsce. Narzekał trochę na ciasnotę i że farba odpada ze ścian, ale nie zamierzałam proponować dwa razy. Zresztą nie przyniósł ze sobą dużo rzeczy, więc nawet nie musiałam się z nim dzielić szafą, co byłoby sporym poświęceniem z mojej strony. Włosy mieliśmy inne, za to wspólne pociąg do wódki i chłodziarko-zamrażarkę.
Około piątej rano, ale tylko o tej porze roku, kiedy około piątej rano jest już jasno, miał w zwyczaju śpiewać pod blokiem. Jak te cholerne ptaki, które drą dzioby, kiedy wracasz do domu i trzęsiesz się z zimna, bo jesteś w tym upiornym stadium trzeźwienia, kiedy trzęsie cię z zimna i masz ochotę je pozabijać, te ptaki. Dziwne, ale sąsiedzi nigdy się nie skarżyli. Ani na ten śpiew, ani na żadne inne odgłosy z mieszkania, na nic. Może dlatego, że sami produkowali własne hałasy. Miałam to szczęście trafić na blok, w którym każdy zajmował się własnymi sprawami i starał się nie wchodzić innym w drogę. Nikt mnie nigdy nie zaczepiał w sprawie Jaszczura. On wracał, kiedy robiłam kawę na śniadanie – wystarczyło, że zastukałam trzy razy w drzwiczki zamrażarki – i paliliśmy jednego papierosa na spółkę. Potem albo szedł spać, albo wysyłałam go do sklepu po mięso. Wtedy zgarniał swoją wytartą kurtkę i wychodził. Czasem nie było go trzy dni, a wracał z butelką wódki albo z podbitym okiem.
Kiedyś zepsuła się lampa w przedpokoju. Nie lubię, kiedy w nocy jest całkiem ciemno, więc zawsze zostawiam zapalone światło. Dlatego brak tej lampy bardzo mi przeszkadzał. Długo się ociągałam, zanim poprosiłam Człowieka-Jaszczura, żeby ją naprawił. Obawiałam się, że jeśli dam mu do ręki śrubokręt, jedno z nas nie wyjdzie z tego żywe. Nie miałam jednak innego wyjścia. Oczy mu się zaświeciły, kiedy wziął ten śrubokręt i przez moment widziałam wszystko. Jego żądzę, palce zaciskające się na rączce, moją białą twarz, mój odsłonięty dekolt i sterczący z niego śrubokręt. I tyle, potem on wspiął się na stołek, żeby zająć się tą lampą, a ja zostałam sama, rozpaczliwie łapiąc oddech.
Z premedytacją zostawiłam ten śrubokręt na kuchennym blacie.
Człowieka-Jaszczura nie ma. Nagle zdaję sobie sprawę, że nie mam pojęcia, jaki jest dzień tygodnia. Nie umiem odczytywać godziny z zegara ze wskazówkami, a mam tylko taki, wisi w kuchni. Miesiąc, nie jestem pewna. Zgaduję, że kwiecień albo maj. Chce mi się płakać, ale zaciskam zęby.
Zaraz jednak przestaję je zaciskać, bo chcę wypić kawę, którą zrobiłam. Sama wypalam papierosa. Popielniczka wygląda już jak wojenny grób zbiorowy, na dodatek przepełniony. I trzeba wyrzucić śmieci. Trzeba coś zrobić. Może poszukam pracy. Tylko mam marne (żadne) kwalifikacje. Co ja wpiszę w si wi? Umiejętności: pranie, prasowanie, obsługa śrubokręta. O, i jeszcze potrafię wygiąć się w łuk. Doświadczenie: mąż Zbyszek, Człowiek-Jaszczur. Nigdzie mnie nie przyjmą.
Opróżniam popielniczkę do kosza na śmieci, po czym wyciągam z kosza pełny worek i zawiązuję. Zakładam sweter na piżamę, zapinam guziki, wsuwam klapki na nogi. Wychodzę.
Drzwi od klatki nie chcą się otworzyć, jakby coś je blokowało z zewnątrz. Popycham, pomagam sobie jeszcze nogą i w końcu odsuwają się na tyle, żebym mogła się zmieścić razem z workiem ze śmieciami. Staję i patrzę. Oparty o ścianę i o te cholerne drzwi, na chodniku siedzi Człowiek-Jaszczur. W zasadzie to leży. Ma rozpruty rękaw kurtki, spuchniętą, zakrwawioną twarz, a oddech tak mu jedzie wódą, że aż kręci mi się w głowie. Chyba śpi. Całe zło świata w jednej chwili odgniata mnie od ziemi i odchodzi do kogoś innego. Jest siódma pięćdziesiąt trzy, środa, początek maja. Idę wyrzucić te śmieci. Potem wrócę do Człowieka-Jaszczura i zapierdolę go śrubokrętem.
