Joanna Krzepina
|
miejsce zamieszkania: Kraków Umie wszystko, poza głośnym bekaniem i jazdą na nartach. Jako że są to czynnności niekonieczne do egzystencji - nie narzeka. Właścicielka ładnego kota o wschodnich korzeniach, pisze od niedawna (kilku lat). Z Eryniami związana od ponad roku. Erynianie o twórczości Asi: “Dosyć intrygujące. Rzecz ma moim zdaniem trochę ze strumienia świadomości, ale udaje Ci się w miarę sprawnie wymijać bełkot, o jaki może się rozbić autor w takich przypadkach. Skłaniasz odbiorcę, aby przysiadł na moment nad tekstem i główkował. No chyba, że pleciesz co Ci... ośrodek pisania na ręce przyniesie, bo bawi Cię, jak ludzie szukają sensu tam, gdzie go nie ma, ale wątpię. “ - Varietes “Cóż rzec, żeby nie wikłać i nie przedłużać - urzekłaś mnie tym wierszem, pamiętam że i poprzednia część mi się podobała, ale chyba nie aż tak. Udało Ci się stworzyć utwór, który zaczyna się czytać z zaciekawieniem, a kończy z weną - to sztuka nie lada, i wbrew pozorom wcale nie jest to stan lepszy od wywalenia ócz pod koniec i szeptania pod nosem "Ach, jaki geniusz!". To jest porównywalne, wierz mi, tyle że bardziej produktywne;) “ - kate-rama “Dziw bierze, że utworek lekki i nawet przyjemny mimo tego, jak już zauważył Louis, że podmiot olewa czytającego. Zacny to i chwalebny zabieg. Podobuje się :)” - Rochelle |
Wybór Twórczości:
lizaki truskawkowe sama słodycz. teraz dopiero się zaczyna
bezsennie. bardzo ładnie się składa elementy są
czerwone i białe i podobno to normalne a róże
nie do osiągnięcia. takie jakby przeszczęście
które ktoś tłumaczył opierając o ławkę metaforykę
na przemian z głową. podobno
wystarczy chciejstwo żeby były zrozumienia:
niewydolność krążenia, popsuta pikawa, to choroby
banalne. dziękuj bogu że cię obdarował
permanentnym niedoborem fruwania
kiedy ciężko o półkroki. ścigam
sensy nonsensy nieco złapałam. wielkie dzięki
stary - jeśli już bywa to przynajmniej bywa
fantakurwastycznie. zwą to miesiącem miodowym.
* vel krótki traktat o trzeźwieniu
“damy”
babuszce Mili
kiedy deszcz drobnymi palcami płukał
śliwy za miedzą, ty upinałaś na mnie
przedwojenne sukienki z batystu,
zatroskana skromnością wstążek.
skinieniem wabiłaś wyblakłych chłopców,
mrugnięciem odprawiałaś ich pod ściany -
zsypane przy brzegach podłogi,
dziś nie wymagają bielenia.
kiedy słońce szarpnęło firanki, kruche
odbitki pierzchły, by wrócić za moment
po swoje. jednak tutaj już wybujał barwinek,
a cztery siostry tańczą
na pochowanych weselach.
“Miłosny”
mojemu Miastu
stań gdzieś pośrodku zgarbione niebo
obrzuca dachy przybrudzonym słońcem
zbiera w obłoki ślady wczorajszego dymu
jeszcze przysypiasz na zakrętach jeszcze
trochę mrużysz okna i nie dowierzasz
w dzień a ja całkiem odważnie
przymierzam podwórka oglądam ciebie
przez dziury minuty palce ważę w dłoni
nasze wspólne ciężkie serce przykładam
do ust lekko piecze jednak chciałabym
zagoić ulice wytarzać w trawie
bezdomne koty zagłaskać na śmierć
chodniki
“środek ciężkości”
śp. Andrzejkowi
przyjdzie zima tęga jak niedźwiedź
przygniecie grzbiety i dachy. bliżej ziemi
tafla, ona obrazuje do góry nogami. dalej nieba
usypane w kopce, o kolorach dotkliwych
i -skrzących.
gorączka ma swoje miejsce
w brzuchu, skąd rozchodzi się promieniście,
równoramiennie, dwunożnie. wyrabia różne rzeczy
z głową, którą najlepiej chłodzić
przykładając do okna.
jego szyby wygwieździł morozko
jeszcze przed siwą godziną. przeszedł,
ale zostawił uszankę i walonki - wróci
z pomocnikami groźnego,
co czai się w sieniach, między kaflami. czuć.
dzień, dwa, wychyli się z szuberka,
krajobraz zaśnieży, zatrzeszczy
pod nogami.
