Anna Łabudzińska
|
miejsce zamieszkania: Szczebrzeszyn
Znaczących osiągnięć na razie brak, więc autorka woli chwalić się planami – mówi o nich, że “są, i to jakie”. Pisze prozę i ciągle jej ona, ta proza, skręca w stronę nierzeczywistości albo też, jak lubi to określać, rzeczywistości naciąganej, przerysowanej. Cóż począć. Moderator i Krytyk na Forum Literackim Erynie. Erynianie o twórczości Ani: “Ta miniatura bardzo mi się podobała. Jest po prostu dobrze napisana. A może po prostu ja lubię taki styl? Pod "Szóstym poziomem" zauważyłam komentarze zupełnie różne od mojego zdania. Że piszesz monotonnie i topornie. Cóż, ja mam podobny styl, może dlatego nie nużą mnie podobne opisy. Wracając do tematu: tak mnie korci, żeby napisać wprost: "świetne", ale... mhmm... No dobra. "Świetne". Przyznam, poczułam się nawet jakbym to ja była bohaterką miniaturki. Czułam żal, kiedy chłopiec nie przyszedł. “ - Wieczorna “Bardzo nastrojowe. Wiem, powinnam napisać coś konstruktywnego, ale mnie się po prostu podoba. Tak myślę i nie wiem co mnie w tym ujęło. Miniaturki o miłości mnie odrzucają, kocie oczy przyprawiają o mdłości, bo wiem że zaraz będzie oliwkowa cera, piękne kręcone włosy itd. Zadumałam się nad tym tekstem i choć na pierwszy rzut oka nie widać, to jednak główną rolę w tekście odgrywa wyobraźnia. Bardzo fajna, ładna miniaturka. Oby tak dalej! “ - Minea “Bo to jest dobry tekst. Już kończę, już podsumowuję: to jest dobry tekst. Jest niezły warsztatowo, mimo tych drobnych niedociągnięć; jest przemyślany, sensowny, dopracowany. Ma dobrych, ładnie zarysowanych, umotywowanych psychologicznie bohaterów, akcję co prawda sprowadzoną do minimum, ale przecież nie zawsze o akcję chodzi (zawsze podziwiam autorów, którzy tak dalece skupiają się na bohaterach, że akcja staje się niepotrzebna; sama stawiam raczej na fabułę, psychologia bohaterów to dla mnie przy pisaniu sprawa drugorzędna, ale nie znaczy to, że nie potrafię docenić odmiennych praktyk, wręcz przeciwnie). Realia są ładnie zarysowane, ukazane w sposób bardzo podkreślający klimat. Generalnie, jestem na tak. “ - Chauve-Souris |
Wybór Twórczości:
“do this in memory of me” - fragm.
Ludzie śpiewają. Z lewej strony świątyni rozbrzmiewa straszny fałsz, z prawej jest nieco lepiej, ale kapłan ma skwaszoną minę i wiąże się to, niewątpliwie, z wrażliwymi uszami. Zastanawiam się, czy Najwyższa Instancja również odczuwa dyskomfort z tego powodu.
Nie lubię mszy wieczornych. Mają jedną, jedyną zaletę: przy odpowiednich warunkach pogodowych promienie słońca przesączają się przez okna i malują wzory na podłodze. Cała reszta jest, delikatnie mówiąc, do kitu, nawet powietrze: nagrzane i zakurzone. Wśród wiernych przeważają osoby starsze, powoli dobiegające końca swych dni. Męczy mnie to cholernie.
- Witam panią, czy zdaje sobie pani sprawę, że to ostatnia msza w pani życiu? - odzywam się do pulchnej staruszki. Ta nie zwraca na mnie uwagi, śpiewa dalej i to tak zajadle, że przywiędła skóra na policzkach wydyma się jak płótno balonu. - No dobrze, poczekam. Może komuś innemu śpieszy się bardziej.
Czy ja powiedziałem "ostatnia"? To dowodzi wyraźnie, jak mało robię sobie z potęgi Instancji Najwyższej. Zrobią sobie tyle mszy, ile będą chcieli i na pewno nie będą pytać mnie o zdanie.
O, ten pan w rzędzie za ławkami wcale nie wygląda staro. Być może jednak wzrok mi szwankuje, różnie z nim bywa ostatnimi czasy.
- Dzień dobry, jak się miewamy? - Zdrowy nie jest, ale serce, które nerwowo wystukuje rytm życia, mogłoby spokojnie zastąpić christianową perkusję. - Marnie pan wygląda, a ta msza taka nudna. Pójdziemy?
Robisz sobie jaja - chichocze jeden z tych upierdliwych głosów, które zawsze są upierdliwe i zawsze chichoczą. - Natychmiast przestań. Wszystko rejestrujemy.
- Miłego rejestrowania. A pani? - zwracam się do młodej, bladej jak lilia piękności. - Galopujące suchoty, też coś. W tych czasach już po prostu nie wypada. Ale mam pomysł, jak pani szybko ze mną pójdzie, to nikt nie zauważy.
Przy wtórze wzniosłych organicznych tonów gromadzę spory tłumek podróżnych - jest ich siedmioro. Najwyższa Instancja ponagla, ale nie wiedzieć dlaczego wpadam w mszalny nastrój. Oni wszyscy na coś czekają. A niech wam będzie - macham ręką i wycofuję się w pełen pajęczyn mrok wpodle konfesjonału.
Kapłan wznosi ręce nad klęczącym tłumem, wygłaszając słowa, które padają niezmiennie w tym samym momencie już od ponad dwóch tysięcy lat:
- Bierzcie i pijcie z niego wszyscy, to jest bowiem Kielich Krwi Mojej Nowego i Wiecznego Przymierza, która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. To czyńcie na Moją Pamiątkę.
Wierni wstają i zaczynają iść w kierunku ołtarza. Dziwne cienie wywlekają swoje cielska skąd tylko mogą, osiadają na twarzach niektórych osób. Przyciemniają im skronie. Malują sine smugi w okolicach oczu.
- To czyńcie na Moją Pamiątkę - powtarza jeszcze raz Najwyższa Instancja, tak jak podczas pierwszej i ostatniej lekcji poglądowej, kiedyś tam. - Teraz nie ma już na co czekać.
Opuszczam świątynię, zostawiając płacz i żal siedmiokrotny.
“pokocurzało”
Wieczór siniał za tylną szybą, kiedy mijaliśmy ostatnie zabudowania miasta. Droga stała się węższa, wzrosły prędkości, tak jakby te dwie sprawy miały ze sobą jakikolwiek związek.
Nie miały, a mimo to wszyscy obok nas pędzili gdzieś i dokądś. Korzystałam z chwil lenistwa na fotelu pasażera, wyglądałam przez okno i za każdym razem, gdy mijał nas inny samochód, coś wwiewało mnie do środka.
Nadchodziła noc, jedyna w swoim rodzaju; nadchodziła, a może nadjeżdżała? Kto je tam wie, te noce. Pewnie i im zdarza się doprowadzać prędkościomierze do białej gorączki. Z powodu długich, powłóczystych sukni nie mogą korzystać z jednośladów, więc zapewne - jak ja - gustują w poczciwych czterech kółkach. Pewnie i im zdarza się okazja pasażerowania, a ktoś inny siedzi obok i trzyma kierownicę. Ktoś uśmiecha się i gestem zaprasza kolejne noce, by raczyły zająć wolne miejsca z tyłu. Ma oczy jak gwiazdy nad Saharą i kiedy jedzie, to go nie ma. Jeśli w ogóle jest, w co wątpię.
- Patrz - powiedział.
Wieczór umarł - chwila, moment, mgnienie oka. Wciąż było jednak dość jasno i wystarczyło tylko spojrzenie we wskazanym kierunku.
Wyglądało to tak, jakby ktoś posadził wzdłuż drogi niewielkie, foremne krzaczki. Wytężyłam wzrok z myślą, że nie powinnam tyle ślęczeć przed monitorem.
Koty. Szare, widmowe koty, siedzące obok siebie, równo jak od linijki. Koty z oczami na wylot w kolorze nieba, kiedy świta. Za jednym szeregiem następował kolejny, miałam wrażenie, że okoliczni chłopi właśnie zrezygnowali z sadzenia buraków cukrowych.
Zjechaliśmy nieco na bok, a ruch uliczny popędził dalej. Kilka sylwetek oderwało się od szarzejącego stada. Następne samochody i znów parę kotów mniej. Po piętnastu minutach sytuacja przypominała ser szwajcarski. Po godzinie - packę na muchy tudzież szachownicę. Jeden sympatyczny mruczek wskoczył nam przez okno. Pociemniał, z szarego stał się czarny.
W marcu koty się marcują, moi państwo, to koci miesiąc, całkowicie koci, do kociej potęgi i nawet po spierwiastkowaniu gdzieś spod warstw bezładu wystają uszy, ogonki i inne podobne. Wszystkie koty, nawet te, którym skończyły się kredyty na nowe życia. W marcu mają zwyczaj przesiadywać i czekać, czasem nawet można je zobaczyć.
Gonią się i gonią samochody - najczęściej w tej kolejności.
W wyniku pierwszej opcji mamy więcej kotów; w wyniku drugiej - mniej ludzi.
