Content
Left
Right
Brać udział w konkursach literackich można na dwa sposoby. Pierwszy charakterystyczny jest dla początkujących pisarzy, ludzi nie znających lub nie przywiązujących wagi do wartości swojej twórczości, lub tych, którzy nie traktują udziału w konkursie zbyt poważnie i nie wiążą ze swoim pisarstwem wielkich nadziei. Do nich właśnie poradnik ten skierowany nie jest. Owszem, mogą go przeczytać, ale po co? Po co się napinać i psuć sobie zabawę? Osoby z takim podejściem proszę więc o podejście do niniejszego poradnika z przymrużeniem oka.
Drugą grupę stanowią ludzie myślący poważnie o pisarstwie, mający ambicję wygrywać jak najbardziej prestiżowe konkursy. W tym również grafomani, którym nie da się wytłumaczyć, że ich pisanina nie powinna istnieć i wciąż czekają, aż ktoś dostrzeże ich geniusz. Jeśli zaliczasz się do tej właśnie grupy, przeczytaj ten poradnik bardzo uważnie. Jest napisany właśnie dla Ciebie.
Konkurs, czy uderzanie do wydawnictwa?
Dość częstym pytaniem, które zadaje sobie młody literat jest "czy wysłać tekst na konkurs?". Wiąże się to często z konsekwencjami, z których nie zawsze zdajemy sobie sprawę. Drogi do debiutu są trzy:
1) wydawanie własnym sumptem
2) wysłanie tekstu do wydawnictwa
3) konkursy literackie.
Pierwsza droga jest najbardziej kontrowersyjna. Większość wydanych w ten sposób książek stanowią miernej jakości książeczki wypuszczone przez autorów niesłusznie przekonanych o własnej wartości. Jest to większość na tyle przytłaczająca, że uogólnienie „wydane własnym sumptem = tragedia pisarska, której nie chciało żadne wydawnictwo” niewiele mija się z prawdą. Dlatego też nie krzywdźmy swojego wiekopomnego dzieła zaszufladkowaniem do tej kategorii. Może się oczywiście zdarzyć, zwłaszcza w przypadku poezji, że nikt nie będzie chciał wydać naprawdę przyzwoitego materiału. Z różnych względów: brak nazwiska u autora, niska podaż książek jako takich, a poezji w szczególności itp. W takim wypadku, w ostateczności można się uciec do wydania książki za własne pieniądze. Zanim jednak podejmiemy taką decyzję, upewnijmy się, czy rzeczywiście żadne wydawnictwo nam tego nie opublikuje. Dobrze jest też, mimo całego naszego literackiego narcyzmu, spojrzeć krytycznie na swoje dzieło i dowiedzieć się od kogoś, kto zna się na rzeczy, czy to, czym dysponujemy, rzeczywiście warte jest wycinania lasów deszczowych.
Istnieje oczywiście inny rodzaj „wydawania własnym sumptem”. Dobrym przykładem jest wydawnictwo „Czarne”, które należy do Andrzeja Stasiuka. Stasiuk, drodzy państwo, wydaje własne książki i nikt do niego o to pretensji nie ma. Dlatego, że najpierw wyrobił sobie takie nazwisko, że większość wydawnictw w Polsce podpisałoby z nim kontrakt na książkę jeszcze przed jej przeczytaniem. Wydaje samodzielnie tylko po to, żeby żadna firemka na nim nie żerowała. Pozostaje jedynie życzyć nam wszystkim tego samego.
Ciężko rozstrzygnąć, która z pozostałych dwóch dróg jest lepsza. Teksty wysłane wydawnictwu często są traktowane po macoszemu, mają tendencję do gubienia się. Bywa, że gniją miesiącami na biurku jakiegoś redaktora. Ciężko też oczekiwać, że ktoś nas tam potraktuje poważnie, jeśli wyślemy pojedyncze opowiadanie lub kilka wierszy. Z wierszami jest w ogóle problem, bo prawie nikt nie drukuje poezji. Plusem tej drogi jest jednak to, że najczęściej możemy wydawnictwu wysłać praktycznie wszystko, na dowolny temat i dowolnie długie (choć nie dowolnie krótkie).
Z konkursami jest nieco optymistyczniej, bo tu można wysłać i krótsze twory i pojedyncze wiersze. Minusem są ograniczenia: tematyczne, ilości stron, wcześniejszej publikacji, braku udziału w innych konkursach, ograniczenia czasowe. Pokonkursowa antologia jest jednak zazwyczaj jedyną droga do wydania pojedynczego opowiadania lub garstki wierszy.
Selekcja konkursu.
Jeśli zdecydowaliśmy się jednak na drogę konkursową, przyszła pora na wybór zawodów, do których staniemy. Podstawą przystąpienia do zabawy jest ustalenie, czego oczekujemy po konkursie. Możemy oczekiwać promocji twórczości, publikacji, nagrody pieniężnej lub tylko dobrej zabawy. Im większe są nasze wymagania, tym bardziej prestiżowych konkursów będziemy szukać.
W tym momencie musimy nieco wybiec myślami w przyszłość, przewidując konsekwencje naszego udziału w danym konkursie. Co będzie, jeśli zwyciężymy? Jeśli praca wygra, stanie się spalona, to znaczy żaden poważniejszy konkurs już jej nie przyjmie, ze względu na obwarowania regulaminowe. Trzeba zatem dobrze się zastanowić, w jakim konkursie chcemy ową pracę spalić. Można czekać do przysłowiowej usranej śmierci na wygraną w prestiżowym konkursie, można też spalić pracę wartą kilka tysięcy złotych nagrody pieniężnej w konkursie, gdzie nagrodą jest książka i uścisk dłoni prezesa.
Przyjmijmy tutaj założenie, że znamy wartość naszego dzieła. Tak - potraktujmy nasz wiersz czy opowiadanie jak stojący na półce szampon, cukier lub inny Domestos. Nasz produkt ma określoną w złotówkach cenę i za nią możemy go sprzedać. Wiedząc, jaką nagrodę da się uzyskać za nasze dzieło, łatwiej jest nam określić, w jakim konkursie będziemy startować. Oczywiście może się zdarzyć, że nasz produkt nie znajdzie kupca nawet za rozsądną cenę. Dzieje się tak choćby w wyniku dewaluacji lepszego produktu - jakiś inny debiutant źle określił swoje szanse i wrzucił w nasz konkurs pracę, która mogła wygrać konkurs lepszy.
Następnym elementem, na który musimy zwrócić uwagę, jest regulamin. Szukamy wszystkich zapisów, które mogą wskazywać na chałupnictwo lub cwaniactwo organizatorów:
- niedbałość regulaminu
- nieproporcjonalnie wysokie wymagania w stosunku do korzyści
- jawność prac (standardem obecnie jest wysyłanie pracy niepodpisanej, opatrzonej godłem, z załączoną kopertą oznaczoną owym godłem, zawierającą dane autora)
- wszelkie teksty w stylu "organizator zastrzega sobie prawo do nieprzyznania nagrody"
Szanujmy siebie i swoją pracę. W końcu napociliśmy się nad tym, co wysyłamy i chcemy wygrać te kilka tysięcy złotych za pierwszą nagrodę i nikt nam nie będzie zamiast tego wciskał "wyróżnienia", którym jest publikacja (czyli wydawnictwo zarabia na naszej pracy, a my nie mamy z tego nic poza względnym prestiżem).
Jest oczywiście druga strona medalu. W myśl starego przysłowia, że lepiej z mądrym stracić, niż z głupim zyskać, przyglądajmy się też organizatorom. Ładne nagrody i wielkie obietnice to nie wszystko. Zawsze warto wiedzieć, czy mamy do czynienia z małą oficynką, która upadnie za pół roku, czy z wielkim molochem wydawniczym, w którym utoniemy. Starajmy się na podstawie tego, co organizator sobą reprezentuje wyczuć także jego przyszłość. Wiele osób wypłynęło dzięki temu, że dogadało się z małym, ambitnym wydawnictwem, które po kilku latach działało bardzo sprawnie i zdobywało rynek.
W przypadku organizatorów innych, niż wydawnictwa i duże instytucje, polecam większe zagłębienie się w profil ogłaszającego konkurs. Bardzo często okazuje się, że cała ta zabawa to pic na wodę. Zbiera się kółko poetyckie zrzeszone przy jakimś domu kultury, wycygania od jakichś sponsorów pieniądze na „Turniej Jednego Wiersza” i nie zważając na osoby „z zewnątrz”, rozdzielają między siebie nagrody. Najłatwiej zwiastun takiej sytuacji wyczytać w składzie Jury. Jeśli jurorami są tylko i wyłącznie przedstawiciele organizatorów + tzw. „osobistość”, czyli facet, o którym nikt nigdy nie słyszał, a wpisany jest jako „wybitny poeta/publicysta/dziennikarz/krytyk i przewodniczący Jury” oraz w regulaminie nie ma nic o jakimkolwiek szyfrowaniu prac, możemy darować sobie wysyłanie czegokolwiek – i tak nie wygramy.
Zwróćmy też uwagę na kontakty medialne organizatorów oraz rozgłos, jaki przyniesie nam uczestnictwo. Większość konkursów proponuje publikację. Czasem indywidualną, czasem zbiorową. Należy podjąć decyzję, czy lepiej jest dostać samodzielną publikację, która rozejdzie się w trzydziestu egzemplarzach po rodzinie i znajomych, promowana przez Jakiś Wielce Szacowny Magazyn Literacki Którego Nikt Nie Czyta, czy lepiej być w pokonkursowej antologii, w której wprawdzie będziemy jednym z dziesięciu, lecz o antologii owej napisze Gazeta Wybiórcza, Rzepa i Metro.
Dobrze jest też poszerzyć nieco informacje na temat konkursu dzwoniąc do organizatorów dopytując o wszystko, co może być potencjalną niejasnością. W przypadku szerszego tematu pracy dobrze jest też upewnić się, czy nasz pomysł trafia w zamysły organizatorów. Dla przykładu, Prószyński i S-ka. ogłosiło kiedyś konkurs o nazwie „Śladami Pawła Jasienicy” na powieść historyczną. W rozmowie telefonicznej dowiedziałem się, że ma to być powieść napisana „tak, jak pisał Jasienica”, oraz tylko z zakresu historii Polski, co nie było zaznaczone w regulaminie.
Produkt, czyli nasze dzieło.
Skoro wybraliśmy już konkurs odpowiadający zarówno naszym możliwościom pisarskim jak i oczekiwaniom prestiżowym, wystarczy przystąpić do napisania dzieła spełniającego wszystkie wymogi. Następnie wysyłamy co trzeba pocztą tradycyjną lub mailem. Trzeba koniecznie sprawdzić w regulaminie, jaka forma jest preferowana. Jeśli nie jest to podane, najlepiej zadzwonić do organizatorów, lub olać konkurs jako posiadający źle napisany regulamin. Nie oszukujmy się jednak, że właśnie taka jest kolejność...
Tak naprawdę lwia większość z nas ma już napisany tekst i to pod niego szuka konkursu. W takim wypadku nasze dzieło było już czytane przez jakąś grupę osób, opublikowane na jednym lub kilku forach czy portalach literackich. Czy to spala tekst? Niekoniecznie. Musimy jednak przestrzegać pewnych zasad.
Przede wszystkim upewniamy się u organizatorów, czy biorą udział tylko prace napisane specjalnie na konkurs, czy muszą być to prace nieopublikowane i czy wklejenie na portalu/forum jest traktowane jako publikacja. W przypadku konkursów z wyższej półki dowiemy się zapewne, że takiego tekstu nie możemy wysłać.
Nadchodzi pora na użycie... Google. Najpierw wpisujemy tytuł swojego dzieła i przeszukujemy pierwszych dwadzieścia wyników, które nam wypluje wyszukiwarka.  Następnie wpisujemy nie tytuł, lecz pierwsze dwa zdania i ponawiamy ćwiczenie. Jeśli w obu przypadkach nasz tekst nie jest widoczny, możemy być spokojni. Jeśli jednak tekst się w Google znalazł, pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że komisja nie będzie go szukać w Internecie. Niestety, żadne skasowanie tekstu z forum czy portalu nie przyniesie żadnego skutku - Google i tak będzie go pamiętać jeszcze przez dobrych kilka miesięcy, czasem nawet rok. Dlatego też, jeśli publikujemy w Internecie prace, co do których mamy jakieś nadzieje, róbmy to w miejscach ukrytych dla niezarejestrowanych użytkowników. W ten sposób boty Google nie zarejestrują naszego tekstu.
Kiedy dowiedzieliśmy się już, czy nie zostaniemy nakryci, sprawdzamy jeszcze raz, bardzo dokładnie, czy nasza praca rzeczywiście w sposób oczywisty koresponduje z tematem konkursu. Naprawdę, oszczędźmy biednym sprawdzającym czytania tekstu, który jest nie na temat. Marnujemy ich czas, a i tak nie wygramy. Teksty nie na temat oraz te, w których słowa kluczowe pojawiają się ni z gruszki ni z pietruszki, dopisane tylko po to, żeby pokazać „uwaga, to jest na temat”, są najczęściej z góry odrzucane, jako prace nie napisane na potrzeby konkursu, nawet bez sprawdzania w Internecie. I naprawdę uwierz mi, drogi czytelniku, że takie naciąganie tematu bardzo widać. Nie bawmy się w to. Po prostu. Nie.
Wspomnę tu jeszcze o tym, że teksty wklejone i skomentowane na forach i portalach mają dużą zaletę: znacznie łatwiej jest określić ich wartość i dobrać dla nich poziom konkursu. Jeśli nasze dzieło nie było nigdzie wklejane, dobrze jest poprosić znajomych, znających się na rzeczy komentatorów o recenzję poza portalem. Część portali lub wydawnictw oferuje też profesjonalne recenzje prozy i poezji za niewielką opłatą – czasami naprawdę warto zainwestować kilka złotych.
W razie wygranej...
W razie wygranej ze stoickim spokojem wzruszamy ramionami, po czym zamawiamy w barze nieprzyzwoicie drogie piwo. Zasłużyliśmy. Nie zawsze jednak jest różowo. Chodzi mianowicie o prawa autorskie i prawa do publikacji. Wielu młodych autorów obawia się, że tekst zostanie im ukradziony. Wiele konkursów ma w swoich regulaminach zapiski o tym, że zgłaszając swoje uczestnictwo zgadzamy się na publikację, wykorzystanie tekstu w celach promocyjnych i tym podobne. Otóż jest to niezgodne z prawem. Wydawnictwo, które chce wykorzystać jakikolwiek nasz twór musi podpisać z nami umowę wydawniczą, w której będzie bardzo jednoznacznie określone, do jakiego typu publikacji ma prawo, czy ma na ową publikację wyłączność i przez jaki okres. Wysyłając pracę na konkurs możemy się martwić, że ktoś nam pracę ukradnie. Nie musimy się jednak martwić, że będzie to kradzież prawomocna. Zawsze możemy dać organizatorowi do zrozumienia, że mamy świadomość tego, że wykorzystując coś bez naszej pisemnej zgody zrobi to bezprawnie. Większość organizacji będzie wolała uniknąć kłopotów sądowych i (zależnie od tego, co chcemy uzyskać) albo zrezygnuje z publikacji, albo podpisze stosowną umowę z autorem.
Pamiętajmy też, że wygrana zobowiązuje. Zaczynamy budować swoje nazwisko, dlatego też dziwnie może świadczyć o autorze, jeśli w miesiąc po zwycięstwie w prestiżowym konkursie wystartuje w jakichś zawodach niskich lotów i w dodatku przegra. Ewa Białołęcka, będąc już opublikowaną pisarką, wkleiła swoje opowiadanie na forum potterowskim - została solidnie i sensownie skrytykowana. Opowiadanie rzeczywiście było średnich lotów. Andrzej Pilipiuk nie ryzykował podobnego błędu – z pojedynku literackiego ze mną grzecznie się wymówił. I słusznie. Stawiam stówę, że by wygrał, ale problem w tym, że wygrywając nic by nie zyskał, a w razie mało prawdopodobnej przegranej zdecydowanie by stracił. Po co kusić los? Dlatego pamiętajmy. Skoro już polecieliśmy do góry, starajmy się tam utrzymać. Zetknięcie z ziemią bywa bolesne.
Postarajmy się wykorzystać szansę, jaką daje nam zwycięstwo. Jeśli konkurs ma galę z nagrodami lub bankiet, zaprezentujmy się tam jak najlepiej. Nigdy nie wiadomo, kto będzie na widowni lub kogo spotkamy przy kotlecie. Powodzenia.

Błażej Woland Żywiczyński

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież