sobota, 17 kwietnia 2010 13:25
Niektórym się wydaje, że czubkiem można zostać, ot tak, ni z gruchy, ni z pietruchy. Że na przykład najspokojniej w świecie spacerujesz sobie z rodziną, aż tu nagle doskakujesz do drzewa i zaczynasz je kopać, albo inaczej, zwyczajnie szykujesz się do spania. Po prostu dostajesz hyzia. Nie, nie i jeszcze raz nie.Rewerowani przez internautów Don Hertzveldt i David Firth zapytani, jak duży wpływ Roland Topor wywarł na ich urągającą dobremu smakowi estetykę i niepokojący klimat fabrykowanych przez nich ascetycznych animacji, powiedzieliby: ogromny. Nie mówią, bo nikt ich o Topora nie pyta. Topor umarł na krótko przed światową eksplozją internetu i krąg jego czcicieli tylko w niewielkim stopniu pokrywa się z kręgiem fanów sieciowego neo-surrealizmu.
Roland Topor poszedł na piwo do jazzmanów trzynaście lat temu. Trzynaście, liczba o negatywnych konotacjach, to dobra rocznica dla tego praktykującego surrealisty. Taka niewinna ludowa numerologia.
Dobra rocznica dla Topora? Skąd, nawet, gdyby wierzył w życie pozagrobowe, albo jeśli istniałoby ono wyłącznie jemu na złość, odbierałby te hołdy ze źle skrywanym rozdrażnieniem, jak jego Cholerny Proutto oznaki czci Zoasów. To jasne, że rocznica jest dla nas i to my, którzy w mniejszym lub większym stopniu podzielamy jego pokręconą wrażliwość, cieszymy się z tej trzynastki.
Stary Topor na obrzędy rocznicowe pewnie by się w pogodny sposób wypiął, pogodziwszy się ze swoim statusem klasyka. Młody Topor, którym stary Topor kiedyś był, dostawałby pewnie cholery. Czy po to zakładał z Jodorovskym Ruch Paniczny, na którego happeningach zarzynano gęsi, przyklejano sobie węże na torsie i krzyżowano kurczaki, żeby teraz oberwać etykietę „wielkim pisarzem był”? Nie, nie i jeszcze raz nie. Na jego oczach ruch surrealistyczny „stawał się drobnomieszczański”, a Mouvement Panique miał go wyrwać z tego marazmu. Dzisiaj znajduje się na tej samej półce co „starzy” surrealiści.
Metaforą „paniki” posługiwał się Topor przez całą swoją drogę twórczą. Definiując ją sięgnął do oryginalnego mitu Pana, boga o wzwiedzionym członku, mitu o szale wyrażającym to wszystko, co represjonowane przez kulturę. Wpisywał się w tradycję modernistycznego „epatowania filistra”, średniowiecznego sowizdrzalstwa – grecki Pan był chyba najstarszym przedstawicielem kontrkultury, jakiego autor „Dziennika Panicznego” był w stanie wykopać w bibliotece i on właśnie dał nazwę jego obrazoburczym wariactwom.
Gdyby się uprzeć, można by go wpisać także w spór o uniwersalia. Sam Topor, który mawiał, że „jest trochę głupi”, najlepiej jest charakteryzowany nie poprzez swoje literackie czy filozoficzne parantele (to gabinetowe gry humanistów), ale własną twórczość, która przypomina czytelnikowi/widzowi o tej stronie jego natury, którą najchętniej zamiótłby pod dywan i zapomniał o niej na zawsze.
Z okazji trzynastej rocznicy śmierci Rolanda Topora, przypadającej w 2010 roku, portal Erynie zamieszcza szereg krótkich, jak opowiadania Mistrza, notek ku pamięci.
Ty także, nie wychodząc z domu, możesz oddać hołd Toporowi.
Rzuć jajkiem o ścianę.
Przedziuraw wiszący na niej obraz.
Wyrwij kartki z pierwszej lepszej książki wziętej z półki.
Wysmarkaj się na wykładzinę.
Wyrzuć sobie buty przez okno.
Wysikaj się do lodówki.
Wysraj się na telewizor.
W imieniu Rolanda Topora - dziękuję.
Piotr Ferlinghetti Ołowiak
Komentarze